Siła motywacji w nauce języków obcych. Tropem książki „Języczni”.

Już jakiś czas temu przeczytałam bardzo ciekawą książkę: „Języczni”, której autorką jest Jagoda Ratajczak. Nie będę jednak pisać kolejnej recenzji. Jeśli chcecie przeczytać dobrą recenzję tej pozycji, to mogę Was zaprosić do wpisu Leny Węglarz. Ja chciałabym wykorzystać, zawarte w tej książce kluczowe dla mnie fragmenty i opowiedzieć Wam moją historię.

Motywacja

Jagoda wspomina, jak ważna jest motywacja w nauce języka obcego. Co ciekawe pisze także o motywacji makiawelicznej: „To motywacyjny kop w postaci niechęci, a nawet nienawiści do jakiejś kultury i jej języka (…)”. Bardzo interesująca kwestia. Dlaczego ja wspominam o motywacji? Nie wiem, czy ktoś oprócz mnie samej wie, jak ja, przez wiele długich lat mojego życia nienawidziłam języka angielskiego! Moja nienawiść była blokadą nie do przejścia. „Cudowna” nauczycielka od języka angielskiego w szkole podstawowej krzyczała, że aż uszy bolały. Stojąc przy tablicy, ręce trzęsły mi się tak, że nie byłam w stanie napisać poprawnie jednego słowa. Na większość lekcji czułam się jak na tureckim kazaniu. W szkole średniej problem się tylko pogłębiał. Praktykowane wtedy standardowe metody nauczanie do mnie nie przemawiały. Na studiach świadomie zrezygnowałam z lektoratu z języka angielskiego. Trauma z dzieciństwa ciągnęła się za mną przez wiele, wiele lat. Teraz każdy z Was kto czyta ten tekst, zastanawia się, jak to się stało, że mam w domu dwujęzyczne dziecko. Czary-mary, hokus-pokus. 😉 Oczywiście, że nie. 🙂 Zadecydowało o tym prawdopodobnie jedno istotne wydarzenie, które na zawsze odmieniło losy moje i mojej rodziny. Wyjechałam za granice. Przestałam powtarzać niezrozumiałe dla mnie reguły gramatyczne, tylko zanurzyłam się w języku. Poznałam cudownych ludzi i język angielski przestał być dla mnie koszmarem. Stał się pomostem przyjaźni. Już nie musiałam uczyć się języka, żeby zaliczyć jakiś sprawdzian. Chciałam jak najlepiej poznać ważne dla mnie osoby, a język angielski był do tego jedynym narzędziem. Wtedy też zrozumiałam, że jak będę mieć dzieci, oszczędzę im drogi przez mękę. Dam im tyle mojego angielskiego, ile jestem w stanie, żeby mogły od małego cieszyć się językiem. Po drodze pojawił się jeszcze język włoski, ale tu sprawa nie była tak skomplikowana. Z włoskim nie wiązały się u mnie żadne negatywne emocje. Uczyłam się go już jako osoba dorosła i był to całkowicie mój wybór. U mnie w przypadku nauki języków obcych sprawdziła się tylko motywacja pozytywna. Niechęć przez długie lata mnie blokowała.

Dlatego teraz jak słyszę od mojej córki, że jej ulubionym językiem jest angielski, to mam ochotę latać. Nie wiem, czy w przypadku języka angielskiego moja córka potrzebuje jakiejś motywacji. Dla niej jest to pierwszy język i kocha go całym sercem. W przypadku języka włoskiego staram się jednak świadomie budować pozytywną motywację. Niestety covid nieźle u nas na mieszał i pewne plany trzeba odłożyć na później.

Być jak native speaker?

Należy robić coś dobrze, albo wcale. Na ogół zgadzam się z tym stwierdzeniem. Zawsze staram się robić wszystko, jak najlepiej potrafię, ale co zrobić z językami? Mam nie używać języków obcych, ponieważ nie jestem w nich biegła? Taką decyzję podejmuje wielu rodziców w stosunku do swoich dzieci, ale już w przypadku pracy zawodowej nie mają tego dylematu. Nie krytykuję. Mną kierowały pobudki, o których wspomniałam wcześniej. Często słychać głosy: nie będę wprowadzać dziecku języka, ponieważ źle się ode mnie nauczy, nie jestem native speakerem. Wspomnę tylko, że pani, która uczy w szkole, też najczęściej nie jest. Jagoda w swojej książce też obala mit native speakera, jako osoby zawsze świetnie znającej język. W zależności od wykształcenia danej osoby poziom języka może być przecież różny. Jeden native speaker drugiem nierówny. Co jednak z akcentem? Ładny akcent jest marzeniem wielu uczących się języka. A jaki to będzie te ładny? Ten brytyjski, jakiego używa Hugh Grant, czy może ten, który słyszymy w piosenkach Eminema? Dla mnie ładny, to ten, który ja rozumiem. 🙂 Zdecydowanie za długo przejmowałam się brakiem ogólnie rozumianego ładnego akcentu. Język to narzędzie do komunikacji, a nie obraz, który należy podziwiać. Nie mówię, żeby zrezygnować z doszkalania się i dążenia do perfekcji. Priorytetem powinna być jednak przede wszystkim komunikacja.

Angielski zamiast grzechotki

W książce Jagody znajdziecie też bardzo ciekawie opisane teorie o przyswajaniu języka przez małe dzieci. Ja wprowadzając do domu języki obce, kierowałam się intuicją i własnym doświadczeniem. Założyłam, że metoda, która sprawdziła się w moim przypadku, musi dać znacznie lepsze efekty u maluszka i nie pomyliłam się. Udało nam się z mężem w dwóch pierwszych latach życia naszej córki zbudować językowy kokon. Dzięki temu zakorzeniliśmy języki obce. W pewnym okresie córka nie rozumiała, dlaczego nie wszyscy mówią po angielsku. Teraz już się z tym pogodziła, ale dalej próbuje uczyć dziadków. 😉

Zachęcam do przeczytania książki i własnych przemyśleń. Co język robi w Waszej głowie? W mojej języki siedzą i się cieszą. 🙂

Jeśli mój wpis Cię zainteresował, zostaw proszę komentarz, polub i udostępnij. Zapraszam również do polubienie mojej strony na Facebooku, profilu na Instagramie i kanału na YouTube.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *